Dawać czy przyjmować..?

 Tyle mówi się o miłości. Temat stale na dzisiaj. Dla wszystkich: i dla głośnych pisarzy, i dla nieśmiałych zakochanych. Co w miłości jest najważniejsze: dawać, brać czy przyjmować?
Najczęściej wydaje nam się, że kochać to przede wszystkim dawać. Zakochany biegnie na jednej nodze po trzy stokrotki dla ukochanej – szczęśliwy, że może dać. Matka daje wszystko dziecku: potrafi codziennie ściągać wózek z drugiego piętra, by iść z nim na spacer, i karmi je siedem razy.
Dawać to znaczy troszczyć się o kogoś, martwić się, czy ukochanego brzuch czasem nie boli, smarować mu bułki grubo masłem, zasłonić szalikiem klosz od lampy, żeby kogoś światło nie raziło i żeby nie mrugał w chorobie, załatwić mu tysiące spraw jak najszybciej, szyć mu rękawiczkę po nocach, żeby mu nie zmarzł mały palec u lewej ręki, bo podobno z niego największy zmarzlak.
Jedna z moich starszych znajomych mówiła: „Wszystko ci dam, ale niczego od ciebie nie chcę”. Można się wzruszać taką gorliwością. Ale niestety, czasem kryje się w niej zagrożenie dla prawdziwej miłości. Ten, który daje, może być więcej zachwycony sobą, swoją bezinteresownością niż ten, którego jakoby kocha. Trzeba umieć dawać.
Kiedy dajemy, nie żądajmy wdzięczności i nie chwalmy siebie, że jesteśmy tak szlachetni i nawet nie chcemy, by ktoś przybiegał nam dziękować. W miłości prawdziwej trzeba tak dawać, by nie myśleć o sobie samym. Miłość nie rachuje.
Powiedziano Miłości:
– Napisz swoje imię.
Napisała.
Powiedziano:
– Odczytaj.
Odczytała.
Powiedziano:
– Policz litery.
Odpowiedziała:
– Nie uczyłam się rachować.
     Ktoś tak bardzo chciał dawać, że pisał: „Obyś rósł wzdłuż, wszerz i w poprzek”. Tymczasem kochać – to nie tylko dawać, ale i przyjmować.
Są dwa podobne słowa: przyjmować i brać. Niby podobne, a różne. Ten, który bierze, wybiera to, co mu się podoba, na przykład nie chce od zakochanego fiołka alpejskiego, tylko storczyk. Brać – to wybierać, co nam się podoba, nawet siłą. Ten, który wybiera, zaspokaja miłość własną, wybiera to, co mu dogadza, czego oczekuje. Myślę, że branie jest dalekie od miłości prawdziwej.
Komuś może się wydawać, że kochać to tylko przyjmować: pozwolić siebie kochać i pozwolić siebie obdarowywać. W takim przyjmowaniu kryje się kolejne zagrożenie: kocham siebie.
Ale kochać to nie tylko dawać, nigdy nie wybierać na siłę – to także przyjmować. Wydaje się, że przyjmować jest bardzo łatwo. Tymczasem przyjmowanie jest bardzo trudne. Przyjmować oznacza zgadzać się na to, co nam dają, bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Nie myśleć o sobie, ale o tym, kto daje, by go nie urazić, choć wręcza nam niezręczny prezent.
Kochać znaczy także przyjmować wady drugiego człowieka, by go cierpliwością zmienić. Przyjmować tak zwany trudny charakter, choroby, awantury. „Kochać czego znieść nie sposób”. Tylko ci się ranią, którzy najbardziej się kochają. Wobec obcych jesteśmy grzeczni, uczynni, wyrozumiali. Dlaczego się ranimy? Bo nie umiemy się kochać nie sprawdzamy siebie.
Kochać to wyjść poza siebie, dawać i przyjmować wszystko w imię miłości do tego, kogo się kocha. W miłości trzeba być wyrozumiałym, umieć przeczekać.
Czy na prawdę kocham tego, o którym mówię, że go kocham? Bo może bardziej kocham samego siebie? Miłość to nie tylko uczucie, ale ciężka praca, o czym jeszcze nie wiedzą zakochani, którzy szepcą: „moja różo, mój ty szczypiorku zielony” – jakby się uczyli tylko botaniki. Z kolei po latach, zagniewani krzyczą: „ty ośle, ty baranie, ty foko” – jakby się uczyli tylko zoologii.
Jak wielkiego trudu wymaga prawdziwa miłość. Stale czegoś się uczymy: języka obcego, judo, dobrych manier, jak jeść łyżką, czy widelcem, jak obsługiwać komputer. Na naukę nigdy nie jest za późno. Uczmy się kochać, by sprawdzać siebie.
Autor: Ks. Jan Twardowski